„Gentleman. Mam zasady” – wywiad z Autorem książki

„Gentleman. Mam zasady” – wywiad z Autorem książki

Z dr. Georgiem Nowakiem-Kroghiem vel Adamem Granville, autorem niezwykłej książki „Gentleman. Mam zasady” rozmawia Agnieszka Świst-Kamińska.

"Gentlemen. Mam zasady" -

„Gentleman. Mam zasady” – dr Georg Nowak-Krogh vel Adam Granville

Przeglądam Pana książkę „Gentleman. Mam zasady”: dobór guzików do koszul miarowych, entazis w męskim stroju, węzeł krawata noszący Pana nazwisko, wady szlifu diamentów, punca genewska w zegarkach, konstrukcje butów miarowych, typy stalówek bezziarnowych, klasyfikacja perfum według CFP, reguły alternacji tynktur na herbach, wrażenia z pobytu autora w Tocku, gdzie na tamtejszym poligonie testowano bomby atomowe, precedencja w sedanie z szoferem, prawidłowe tytułowanie księcia Liechtensteinu, serwowanie sake w masu, sposób układania sztućców w domu Aleksandry księżniczki Borghese, homary na przyjęciu Tishmana Speyera w Nowym Jorku, kawior na Deutscher Filmball w Monachium, spór o le sot-l’y-laisse, sztućce na jachcie M/Y „Octopus”, strojenie fortepianów według stroju Verdiego.

Druga część Pana książki to niemal podręcznik zarządzania rezydencją, a w książce znaleźć można fotografię Pana rodzinnych sztućców. Wspomina Pan także opowieści rodzinne o zamieszaniu, jakie wprowadziła na dwór cesarski w Wiedniu wizyta laureata nagrody Nobla Teodora Roosevelta.

Skąd pomysł na napisanie książki? Jak była historia jej powstania? Czy długo Pan nad nią pracował?

Wciąż mi głupio z powodu napisania tej książki. To bardzo niedżentelmeńskie, tak podglądać i relacjonować życie dżentelmenów. Dlatego napisałem ją pod pseudonimem. Jest rzeczą naturalną, że chce się wiedzieć, kim jest autor, czytanie książki to przecież dialog z autorem. Względy towarzyskie nie pozwalały mi jednak na występowanie pod prawdziwym nazwiskiem, nie mógłbym wtedy opisywać różnych rzeczy jako insider. Proszę usprawiedliwić mnie wobec czytelników.

Sam pomysł napisania książki przyszedł mi do głowy jednej nocy, a potem to już poszło szybko: sześć lat pracy. Dwa lata pochłonęło samo pisanie, a reszta to sprawy organizacyjne, prawne i techniczne. Książka ma 450 ilustracji, w tym wiele absolutnie unikatowych, których pozyskanie kosztowało wiele trudu. Chciałem przy okazji pisania poćwiczyć polski język, no i udało się.

Jest Pan Polakiem?

Nie mam polskiego obywatelstwa i nie mieszkam na stałe w Polsce. To moja pierwsza książka i to od razu po polsku. Dziękuję tym, którzy ułatwili mi jej napisanie. Nomina sunt odiosa.

Dżentelmen… Kto to właściwie jest?

Spotyka się najróżnorodniejsze definicje. Kard. Newman powiadał, że dżentelmen to ktoś, kto nigdy nie zadaje innym bólu. Radziecka definicja: dżentelmen to mężczyzna, który, całując kobietę w rękę, wyjmuje najpierw papierosa z ust. Jak widać, w gruncie rzeczy chodzi o to samo.

Jeszcze inni powiadają, że dżentelmen, to mężczyzna, który – wchodząc przez przypadek do łazienki i zastając tam nagą panią – mówi „przepraszam PANA”.

Być „gentle” – łagodnym, nie ranić innych swoim zachowaniem, nie zadawać im bólu, to połowa definicji.

Druga połowa to być „manem”. Odważnym, biorącym odpowiedzialność za siebie i innych, twardym i bezwzględnym facetem.

To sprzeczność! Jak to pogodzić?

No właśnie! Gentleman, to ktoś pomiędzy „gentle”, a „man”.

Przecież między tymi dwoma członami nie ma żadnej kreski, nic tam nie ma!

Ale został „ktoś”. Dżentelmen to Ktoś.

Czy każdy może być dżentelmenem?

Nikt się dżentelmenem nie rodzi, nad tym trzeba pracować.

„Gentle” jest łatwiejsze. Trudniej z tym drugim członem. Każdy dzień zaczynam od postanowienia, aby dziś być dżentelmenem, ale z realizacją tego postanowienia bywa różnie.

Polakom jest łatwiej być dżentelmenami, bo mają uprzejmość w genach. To wpływ kultury szlacheckiej, która uformowała polski naród. Nie jest to taka „grzeczność kupiecka” – jak to określał Mickiewicz – wyrosła z kultury mieszczańskiej i rozpowszechniona na Zachodzie.

Po czym poznaje się dżentelmena?

Ogólna zasada: „poznać pana po cholewach”, nie zdezaktualizowała się. Dobre buty to podstawa. Proletów demaskują preferencje kulinarne i sposób jedzenia: ktoś kto lubi tylko słodkie wina i befsztyki well done, kto nie lubi cocktaili martini i owoców morza, kto przy jedzeniu opiera łokcie na stole (tu przypomina mi się angielski wierszyk, którym katuje się dzieci z dobrych domów: Elbows, elbows if you’re able – keep your elbows OFF the table) najprawdopodobniej nie jest dżentelmenem.

Buty powinny być wyczyszczone w standardzie spit shine i stare. Każdy dżentelmen powinien starać się zachować regułę, iż dziewczyna u jego boku jest młodsza od jego butów. Jeśli zatem nie chcemy spotkać się z zarzutem pedofilii, powinniśmy już od najmłodszych lat starać się o uzyskanie odpowiedniego wieku butów. Dawniej było to łatwiejsze, gdyż przy rekrutacji służby starano się, aby Jan miał taki sam rozmiar buta, co chlebodawca, i pierwszym zadaniem Jana było rozchodzenie przez kilka lat nowych butów pryncypała. Kilkudziesięcioletnie buty z łatanymi wierzchami to jest dopiero klasa. Takie buty nosi na przykład książę Karol.

Czy to książka tylko dla panów?

Myślę, że panie też się nią powinny zainteresować. Będą miały okazję poznać w ten sposób mroczne strony męskiej psychiki, co ułatwi im postępowanie z dwunożnymi osobnikami rodzaju męskiego.

Pisze Pan teraz książkę pod tytułem „Dama. Mam zasady”?

Prowadzę obecnie intensywne studia nad damami, ale – jak na razie – tematyka ta mnie przerasta. Są to zresztą bardzo kosztowne studia, nie tracę nadziei, że Unia Europejska je dofinansuje.

Dla kogo Pan tę książkę napisał?

No właśnie… Zgodzimy się, że praktycznie każdy rozdział w książce można rozwinąć w spory tom. Dotyczy to nie tylko ubiorów, ale także zegarków, biżuterii, win, cygar, organizacji pracy w rezydencji itd. Krótko mówiąc, powstałaby z tego wielotomowa „wielikaja sowietskaja enciklopedija”, przedsięwzięcie przerastające siły jednego autora.

Cóż wobec tego pozostaje? Można skupić się na jednym temacie i omówić go dogłębnie. Takie książki omawiające tylko wina, tylko męskie obuwie itd. istnieją. Interesują one jednak dość wąski krąg specjalistów, a mi chodziło o dotarcie do szarego, masowego dżentelmena. Poza tym klasa, elegancja ma holistyczny charakter, aby zrozumieć jej istotę, trzeba widzieć ją całościowo, a nie sektorowo. Cham w garniturze z Savile Row pozostaje chamem (ale tylko w 50% – wytłumaczę dlaczego).

Drugie rozwiązanie to omówienie po łebkach wszystkich zagadnień, ale takie powierzchowne prześlizgiwanie się po tematach uniemożliwia pokazanie ich złożoności, jest dla czytelnika mało ciekawe, przypomina przewodnik „Europa w 24 godziny”.

Jak z tego wybrnąć? Ratunkiem jest tzw. „technika grzebieniowa”. Polega ona na tym, że omawia się ogólne zasady obowiązujące w danej dziedzinie wiedzy, a potem, tylko na kilku przykładach, takich „ząbkach grzebyka”, wchodzi się bardzo głęboko w temat.

Proszę zobaczyć jak to funkcjonowało na przykładzie heraldyki: najpierw omówiłem ogólne zasady. Gdybym na tym poprzestał, byłoby to nieciekawe, bo czytelnik nie widziałby zastosowań tych zasad w praktyce. Wobec tego na przykładzie kilku herbów wszedłem bardzo głęboko w temat, bo dopiero wtedy zaczyna to wciągać czytelnika. Gdybym jednak tak zrobił ze wszystkimi herbami, powstałaby wielotomowa encyklopedia heraldyki.

Technika grzebieniowa nie zawsze jednak jest dobrze rozumiana. Czytelnicy-specjaliści z poszczególnych działów podnoszą larum: jak można było w rozdziale „Alkohole” pominąć calvadosy? Dlaczego autor nie wymienił wszystkich krawców miarowych w Polsce?

Ano, taki jest ten wredny Adam Granville: pomija i opuszcza.

Kolejny problem: na jakim poziomie pisać? Która książka lepiej spopularyzuje turystykę wysokogórską: ta opisująca wyprawę na Gubałówkę, czy ta o wyprawie na K2? Wydawało mi się, że ta druga, dlatego starałem się opisywać życie dżentelmena na poziomie K2. No dobrze, ale 99% czytelników chwilowo nie ma środków na życie na tym poziomie. A co to szkodzi? 99% czytelników książki o wyprawie na K2 też nigdy się na ten szczyt nie pofatyguje, ale ta lektura zachęci ich do szturmu na Gubałówkę.

Pozostaje jeszcze jedno pytanie, stawiane przez czytelników: po coś się chłopie tak męczył? Dziś, w epoce Worda, tysiącstronicowe powieści pisze się w pół roku, o ile nie ma się takich problemów, jak Grand w „Dżumie” z „wytworną amazonką”. Ale napisać 340 stron gęstych od faktów, dotyczących 25 kompletnie różnych dziedzin, od piór wiecznych do fortepianów, wiedząc, że specjaliści z poszczególnych dziedzin będą tylko czekać na najmniejsze potknięcie? To trzeba być wariatem!

Na szczęście ten warunek spełniam. Jestem wariatem, bo uważam, że można powstrzymać i odwrócić proces dekompozycji męskości we współczesnym świecie. Jestem wariatem, bo uważam, że właśnie tworzą się grupy, będące awangardą męskiej rekonkwisty stylistycznej. Szkoła Męskiego Stylu też się do takich awangardowych przedsięwzięć zalicza.


What are your thoughts?